Złoty Księżyc, Srebrne Słońce..

Kilka dni temu ktoś mnie zaprosił na pewne wirtualne spotkanie.. właściwie była z tym związana pewna prośba, a więc.. po chwili namysłu zgodziłam się mimo jego późnej pory.. 4.00 nad ranem 🙂

Ostatecznie jednak zaspałam, aczkolwiek może nie zupełnie, bo w rzeczywistości  leżałam z otwartymi oczami i  jak w transie przypatrywałam się niesamowicie dużemu i złotemu księżycowi za oknem.. emanującym teraz nie tylko wyjątkowo intensywnym światłem ile światło to układało się idealnie na kształt równoramiennego krzyża (choć pojawiło się też skojarzenie z  wadżrą)… wiem, że spoglądanie na niebo poprzez szybę może dawać podobne efekty, ale w tym było coś szczególnego.. to skojarzenie z wadżrą, a spotkanie to było właśnie związane z buddyzmem.. poczułam więc, że  właśnie w taki sposób wzięłam w nim udział… 

Dodam, że to się działo w niedzielę nad ranem, a wczoraj… w trakcie wykonywania jakiejś prozaicznej czynności nagle pojawił się przede mną obraz ogromego Słońca, ale dla odmiany srebrnego, a dokładniej jasno srebrzystego… prawie przechodzącego w biel…

To srebrzyste słońce przypominało troszkę idealnie okrągłe źródło… z którego płynęła w moim kierunku cudowna i orzeźwiająca energia…

choć w sumie to słoneczne źródło było też troszkę jak lustro…

modern-mirrors

z tym, ze ja widzialam tylko sama tarcze bez promieni… na pierwszy rzut oka… cos bardzo prostego i przejrzystego..

a  potem, tuż przed zaśnięciem, właściwie już dzisiejszej nocy.. znów pojawił się przede mną ten sam obraz.. i przypomniał mi się

Srebrny Klucz

wpisalam rzecz jasna w wyszukiwarce haslo silver sun i wyskoczyl mi miedzy innymi zespol o takiej nazwie… ale w sumie ciezko znalezc cos czego juz nie ma..

widząc jednak ten obraz wiedziałam, że to jest słońce, a nie księżyc….

co zaś do tego jasnego odcienia srebra to niemal identycznie wygląda i białe złoto i platyna…

czuję jednak, że chodzi właśnie o srebro i srebrny klucz…

póki co nie wiem dlaczego taka zamiana ról… słońce zamiast złote –  srebrne, a księżyc zamiast srebrny – złoty..

dodam tylko, że w symbolice alchemicznej

wcześniejsze nieco podobne doświadczenie z księżycem:

Księżyc to wielka perła

Reklamy

Autor: Livia Ether Flow

‚I am the child of Earth and starry Heaven’ Freedom for all living beings and the all worlds.. Deeper than memory.. beyond the time…. i send you blessings where you are ♥ ƸӜƷ ♥ Livia Ether Flow LiRa https://liviaspacedotcom.wordpress.com/

36 thoughts on “Złoty Księżyc, Srebrne Słońce..”

  1. „Ostatecznie jednak zaspałam, aczkolwiek może nie zupełnie, bo w rzeczywistości leżałam z otwartymi oczami i jak w transie przypatrywałam się niesamowicie dużemu i złotemu księżycowi za oknem..”

    Ale ale 😀 czy to znaczy że słuchałaś, miałaś włączony komputer?

    Polubienie

  2. „póki co nie wiem dlaczego taka zamiana ról… słońce zamiast złote – srebrne, a księżyc zamiast srebrny – złoty..”

    ..a ja wiem :> tzn chyba 😀

    Jantra Zjednoczenia Słońca i Księżyca (‚Phrul ‚khor nyi zla kha sbyor) w Tybecie została przekazana ustnie w ósmym wieku przez wielkiego mistrza Padmasambhawę tybetańskiemu tłumaczowi i mistrzowi dzogczen Wairoczanie. Może być uważana za najstarszy ze wszystkich systemów jantry i w szczególności obejmuje liczne pozycje, które są zawarte również w klasycznej tradycji jogi.

    Jantra-joga jest buddyjskim odpowiednikiem hatha-jogi z tradycji hinduskiej: jest to system praktyk obejmujących ruchy ciała, ćwiczenia oddechowe i wizualizacje.
    Początkowo była przekazywana przez mahasiddhów Indii i Oddijany, obecnie jej praktykę można znaleźć we wszystkich szkołach buddyzmu tybetańskiego w powiązaniu z anuttaratantrami, bardziej ogólnie znana jest pod tybetańską nazwą trulkhor, której sanskryckim odpowiednikiem jest jantra.

    Czögjal Namkhai Norbu, jeden z największych żyjących mistrzów dzogczen i tantry, zaczął przekazywać tę głęboką jogę w latach siedemdziesiątych i w tym czasie napisał ten komentarz opierający się na ustnych wyjaśnieniach pewnych tybetańskich joginów i siddhów dwunastego wieku.

    Polubienie

  3. Rytuał 108 Powitań Słońca
    http://krainazdrowia.ovh.org/powitanie%20slonca.htm

    W Indiach liczba 108 jest liczbą świętą, kojarzącą się z pełnią czy też całością.
    Jest: 108 pasterek (gopi poświęconych Bogu Krysznie), 108 paciorków hinduskiego i buddyjskiego różańca i (podobno) 108 Upaniszad, chociaż aktualna liczba tych ezoterycznych tekstów przekracza 200. Buddyści znają 108 arhatów, czyli „godnych”. Ta obciążona symboliką liczba wywodzi się z astronomii. 108 to średnia odległość księżyca od Ziemi mierzona średnicą księżyca. Ten sam współczynnik ma zastosowanie w odniesieniu do słońca. Jednak w symbolice, liczba 108 wyraźniej wiąże się z zasadą lunarną – co ciekawe, srebro, które tradycyjnie wyobraża księżyc, ma ciężar atomowy 108. Nic dziwnego, że liczba ta odgrywała też ważną rolę w Kabale i w całej tradycji hermetycznej Zachodu.

    Zgodnie ze spuścizną tantryzmu, 108 miejsc pielgrzymki (pitha) poświęconych jest zasadzie żeńskiej, lunarnej, czyli Szakti. Ich powstanie objaśnia niezwykły mit:

    Kiedy przeminął wiek złoty (zwany w sanskrycie krita-juga) i następował wiek degradacji, Bóg Sziwa, boski wzór ascetów i joginów, nadal pochłonięty był najgłębszą medytacją. Jej rygory spowodowały taki upał, że ludzkości groziła zagłada. Brahma, Stwórca, martwił się. Ubłagał Wielką Boginię, aby oderwała uwagę Sziwy od jogistycznych wyczynów i wciągnęła go w grę miłosną, by natura mogła się nadal rozwijać, a nie być zniszczona przez suszę. Matka Wszechświata zgodziła się przybrać ludzką postać, aby zachwycić Sziwę, swego ukochanego. Weszła do łona Wirini, żony Dakszy, aby urodzić się jako Sati („Ta, która jest”).

    108 uderzeń dzwonu (gongu) na nowy rok w japońskich świątyniach;
    islam: 108 jako imię Boga.

    http://yogin.pl/wszystko-o-jodze/joga-od-podstaw/792-surya-namaskara-cykl-108-powitan-slonca.html

    http://bialczynski.wordpress.com/2013/04/28/wyklad-na-temat-ara-kara-dr-pillai-siva-baba-zebral-mezamir-snowid/

    Technika Vashishty: słońca, w którym rozpuszcza się księżyc

    Pierwsza technika pochodzi od Vashishty *, jednego z największych joginów Indii.
    Zamknij oczy. Skup swoją uwagę na czakrze serca, która znajduje się w środku twojej klatki piersiowej. Wizualizuj sobie słońce. Jest bardzo jasne i świecące. W pobliżu słońca, wewnątrz swojej czakry serca, wizualizuj księżyc. Oba są w czakrze serca, w środku klatki piersiowej. Księżyc jest pełny. Księżyc przesuwa się w stronę słońca. Coraz bliżej i bliżej. Teraz księżyc wnika i stapia się ze słońcem. Księżyc reprezentuje twój umysł i czas. Słońce reprezentuje Boga i bezczasowość. Nie martw się teorią. Tylko skup się w pełni na wizualizacji słońca. Księżyc zniknął wewnątrz słońca, stopił się ze słońcem. Teraz pomyśl o jakiejś myśli, którą chcesz zamanifestować, wizualizuj ją. Teraz to wypuść.

    Technika Kakabuszundy

    Teraz podam wam druga medytację. Została podana przez innego wielkiego ryszi, Kakabuszundę. Znowu skup się na czakrze serca, trzymając oczy zamknięte.
    Wizualizuj kolumnę światła, małą kolumnę światła, która wychodzi z czakry serca w górę, przebija się przez czakrę trzeciego oka i przez czakrę korony głowy. Wychodzi przez czaszkę. 12 cali [tj. około 30,5 cm] powyżej czaszki światło zatrzymuje się. Jest to chwila prany. Teraz wizualizuj punkt na zewnątrz twojej klatki piersiowej. Z tego punktu wychodzi światło, które wchodzi w twoje nozdrza. I to światło wychodzi z nozdrzy i płynie na dół do czakry serca. Teraz wróć do prany, która zaczyna się od czakry serca i wychodzi z głowy, i która zatrzymuje się 12 cali powyżej czaszki. Teraz wizualizuj punkt na zewnątrz klatki piersiowej. Światło, które wchodzi w twoje nozdrza i znajduje się w czakrze serca. To nazywa się chwilą apany. Prana i apana**** pochodzą z centrum serca, lecz nigdy się nie spotykają. Jeżeli będziesz powtarzał tę technikę, w wkrótce poczujesz pustkę, przestrzeń bezczasowości. W tym momencie wprowadź myśl, wizualizuj ją, i ta myśl się zamanifestuje. Są to bardzo potężne techniki, które pomagają w przekroczeniu lub w wyjściu poza granice czasu.

    „Kochajcie się wzajemnie w sposób nieuwarunkowany a będziecie Oświeceni”

    http://108mohicans.blogspot.com/2010/02/jak-skompresowac-czas-dla-manifestacji_19.html

    Polubienie

    1. no proszę, tak mi się właśnie ten Złoty Księżyc skojarzył.. zwłaszcza ta złota wadżra… z mężczyzną.. który….. ok, nie napiszę;) ale tak jak pisałam.. leżałam przyglądając się mu jak w transie… komputer miałam rzecz jasna wyłączony i nawet nie byłam w stanie kiwnąć palcem, aby go włączyć…. dało mi to wszystko mocno do myślenia… czy Buddyzm przywiązuje większą wagę do Księżyca niż Słońca… z pewnością dużą jak wynika z twoich komentarzy… o żeńskich słońcach sama niejeden raz pisałam, choćby o bałtyjskiej Saule, czy baskijskiej Eguzki Amandrea – “Babcia Słońce” http://liviaspace.com/2013/08/07/sloneczne-boginie-kwiaty-i-wzorce/

      p.s

      http://liviaspace.com/2014/01/13/the-solar-sacrum/

      Polubienie

  4. Hm, skoro przy wyłączonym miałaś takie wizje
    to ciekawe co będzie się działo przy włączonym? :>
    Gdy będziesz słuchać i czuć na sobie wibracje powietrza
    wprowadzonego w drgania przez głos daleko stąd :>
    poza czasem i przestrzenią
    poezja XD

    Niebawem będzie okazja sprawdzić.

    Polubienie

  5. Wszystko,
 co 
masz

    całe 
twoje
 postrzeganie


    wszystko,
 za
 co
 sam 
siebie

    bierzesz
‐
 to 
tylko
 ubranie.


    Może
 przykrywać
,


    manifestować 
się


    przez
 odwieczny
 taniec



    świetlistego 
źródła.


    Być
 otwartym
 i 
nagim,


    nieuchwytnym
 przez
 siebie

    samego
 nieuchwytnym
 przez 
innych
–


    poszukującego
 i

 poszukiwanego.


    Świeży,
 surowy
,
 tak 
prosty

    stan
 skończony


 ‐

 doskonały!

    Odzienie 
staje 
się 
dodatkiem

    dla
 osób,

 które 
nas
 spotkały.


    Słodki
 dar
 niczego

    paradoks 
buddów

    bezkresna 
przestrzeń

    którym
 się 
poddajesz.


    Chwila
 po
 chwili

    jako
 nowe 
formy
 powstajesz

    wzorzyste,
 dziwaczne
 szaty

    które 
nigdy
 się
 nie 
zrodzą.


    Doskonały
 jaki 
jest

    i
 jaki
 nie
 jest

    Nie
dotrzesz 
tam 
myśleniem
 –


    jest 
jak
 żart, 
szokuje

    Nagość 

‐
 jest 
prosta

    nie 
rób 
nic.

    Ubrania

 ‐

 przyjdą
 same

    spójrz,
 co
 życie
 podaruje.


    Jak 
być
 nagim
–


    nie
 pytaj;

    gdziekolwiek 
zmierzasz
‐



    jesteś
 już
 obnażony.


    Wysiłek
 jest 
zbędny
–


    spokój
 wody
 nagle
 zmącony.

    Nie
 próbuj
 się
 zrelaksować
–

    to
 nie 
tak!


    Jest
 tym 
czym
 jest

    czym 
zawsze
 był;

    niech
 ubranie 
opadnie
 ‐



    było
 tylko 
snem

    http://www.simplybeing.co.uk/wp-content/uploads/2012/08/Poem_How_to_be_naked_Polish_Jak_by_nagim_Magda_K_Webready.pdf

    Ciekawą stronę znalazłem, sporo ciekawych tekstów odnoszących się do Dzogczen można na niej znaleźć.

    Np to
    http://www.simplybeing.co.uk/wp-content/uploads/2012/09/BYC_GURU_RINPOCZE.pdf

    Pełna książka 🙂

    Dzogczen w codziennym życiu. Cologne, 2005
    James Low

    wykład w Stadtraum, Kolonia, Niemcy
    27 kwietnia 2005

    Extracts

    Podstawowa nauka Buddy mówi, że cierpienie wynika z ignorancji i przywiązania. Ignorancja jest nieznajomością naszej własnej natury, czyli nie rozumieniem natury i struktury świata, w jakim żyjemy. Przywiązanie zaś to rozwinięcie relacji zależności z tym, co przeżywamy w stanie ignorancji….

    To, co zatrzymujemy, to historie, narracje. Rozbudowujemy je, warstwa po warstwie, aż powstaje gruba lazagna znaczeń, a jak wiadomo, lazagna jest bardzo ciężkostrawna. I to właśnie robimy ze swoim życiem. Historie naszej egzystencji okręcają się nam wokół szyi jak pępowina w łonie na szyi noworodka, tak, że z trudem możemy oddychać. Cierpimy w dużej mierze dlatego, że nasze własne przeżywanie siebie i otoczenia, w którym żyjemy, jest przetwarzane, transformowane przez nawykowe, tendencyjne historie o ustalonym przebiegu, blokujące wiele innych potencjalnych sposobów przeżywania.

    Celem medytacji jest zakwestionowanie statusu tych narracji.

    http://www.simplybeing.co.uk/dzogczen-w-codziennym-zyciu-cologne-2005/

    Polubienie

    1. ten wiersz.. piękny… tak jak i nagość… prosta, a jednocześnie tak skomplikowana 😉 w każdym bądź razie ten wiersz przypomniał mi o pewnym fioletowym kwiecie, który ujrzałam kiedyś na niebie tuż przed Wschodem Słońca… jakiś czas później natknęłam się na buddyjski wiersz, w którym mowa była właśnie o fioletowym kwiecie na niebie i byłam nieźle zaskoczona.. bo to tak jakby pomiędzy tym fioletowym kwiatem z mojego doświadczenia i fioletowym kwiatem z buddyjskiego wiersza istniał jakiś głębszy związek.. bardzo lubię ten rodzaj doświadczeń 🙂

      Polubienie

      1. Budda
        Przebudzenie Buddy było ocknięciem się ze snu, w którym śnił sam siebie takim, jakim go ukształtowały okoliczności. Historyczny Budda urodził się w północnych Indiach jako książę, wychowany w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym. Żył w otoczeniu ludzi, których oczekiwaniom starał się sprostać. Wreszcie jednak, w krytycznym momencie swojego życia, już jako dorosły, żonaty i ojciec, zaczął przyglądać się światu. Spotkał starość. Zobaczył idącego drogą starca i po raz pierwszy pomyślał: „O, stary człowiek. Ma ciało. Ja też mam ciało. Ja też się zestarzeję. Chociaż jestem teraz młody i zdrowy, ciało, które mam, moje zdrowe, młode ciało nie jest czymś trwałym. Też będę stary”. Potem spotkał kogoś chorego i znowu pomyślał: „To człowiek i jest chory. Ja też jestem człowiekiem. Dlaczego miałbym nie zachorować?”. Mur, który oddzielał go jako uprzywilejowaną osobistość, księcia, kogoś pełnego mocy, kto zawsze miał być przystojny, bogaty i zdrowy – zaczął się rozpadać. Wtedy zaczął zdawać sobie sprawę z różnych ważnych rzeczy: „Skoro coś zdarza się innym, może przytrafić się i mnie. A jeżeli nawet będę mieć tyle szczęścia, że tak nie będzie, to jeśli mam otwarte oczy i uszy, a szczególnie serce, egzystencja innych będzie mnie dotykać, będzie na mnie wpływać. I kiedy okaże się to zbyt dotkliwe, będę się przed tym bólem chronił, zamykając się w swoim własnym świecie, co jednak odetnie mnie od życia”. Nasz egzystencjalny dylemat: przebudzenie się do wyzwań świata Stanął zatem przed wyzwaniem: albo otworzyć się na życie i cierpieć, albo nie otworzyć się i nie przeżywać życia w pełni. Niewielki to wybór! Wszyscy jednak stajemy przed tym egzystencjalnym dylematem. Doświadczenie to tak poruszyło Buddę, że zaczął szukać odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zdobyć odwagę i wystarczającą przenikliwość, aby stanąć twarzą w twarz wobec faktu: „ten, o którym myślałem, że jestem, nie jest naprawdę tym, kim jestem.” Ten konstrukt, ta tożsamość, którą wytworzyły określone okoliczności, jest zawodna. Starość, choroba i śmierć także i mnie dosięgną. Nie jestem tym, kim myślę, że jestem.” Poznał wiele różnych instrukcji jak medytować, przez długi czas praktykował i w pewnym momencie doszedł do następującego wniosku: „To, co robię, jest próbą zamiany zwyczajnej historii w historię świętą. Próbuję stać się świętym człowiekiem. Próbuję stać się kimś szczególnym, specjalnym – ale tak naprawdę nie o to chodzi. Tak jak moje poprzednie, zwykłe ja – bycie uprzywilejowanym człowiekiem – było czymś wytworzonym przez zbieg wielu czynników, podobnie moja tożsamość świętego – kogoś, kto cały czas pości, praktykuje skrajne formy jogi, nie śpi w nocy, siedzi w zimnej rzece praktykując różne rodzaje ascezy – i to także jest kolejnym wytworem. Nauczyłem się, jak być joginem, ale nadal nie wiem, kim jestem! Po prostu zamieniłem jedno przebranie na inne”. Postanowił, że tym razem naprawdę spróbuje dociec, zrozumieć, kim jest. Zrobił sobie matę z trawy i usiadł pod drzewem, a było to sławne drzewo bodhi w Indiach, niedaleko Gaya, ślubując, że pozostanie tam tak długo, aż zrozumie, kim jest ten, który wspiera czy też jest tak przywiązany do wszystkich tych uwarunkowanych, wytworzonych, skonstruowanych interpretacji własnej tożsamości. Buddyści wierzą, że Budda potrafił to zrobić. Na tym właśnie polegało jego przebudzenie. Takie jest znaczenie słowa „budda” – to ktoś, kto przebudził się ze snu, snu identyfikacji z historiami powstałymi na bazie doświadczeń, które, chociaż chwilowe, trwają dzięki ciągłemu ich odświeżaniu.

        Mówiąc innymi słowy Budda odkrył, że jego przeżywanie samego siebie było jak nieświeże jedzenie. Wkładasz je do mikrofalówki, zjesz trochę, chowasz do zamrażalnika, znów wyjmujesz, odgrzewasz w mikrofalówce, z powrotem wkładasz do zamrażalnika i tak w kółko. Stare, nieświeże jedzenie.

        Po dokonaniu tego odkrycia Budda zaczął wyjaśniać związek pomiędzy mądrością a współczuciem. O mądrości mówimy wtedy, gdy rozumiemy i osobiście doświadczymy, nie jako pewną koncepcję, ale faktyczne przeżycie, że w samym centrum naszego istnienia tak naprawdę niczego nie ma. Kiedy rzeczywiście wnikniemy w istotę własnego bytu, nie znajdujemy w niej nic, co byłoby trwałe i określone. Jesteśmy podstawową przestrzennością. Nie jest to jednak mroczna pustka. Jest to świetlista, twórcza przestronność, chwila po chwili tworząca poruszenia ciała, wrażenia i uczucia. Jeśli będziesz próbować odnaleźć jej substancję, niczego nie znajdziesz. Ale jeśli powiesz: „O, tutaj po prostu niczego nie ma”, to także nie będzie prawdą, ponieważ wciąż coś się manifestuje. Mądrość jest więc zrozumieniem, że korzeniem naszego istnienia nie jest coś, co można by uchwycić. Nie jesteśmy odcięci od świata, nie żyjemy oddzieleni własną skórą niczym jakieś autonomiczne byty, ale raczej, będąc otwartą przestrzennością, której możemy bezpośrednio doświadczyć podczas medytacji, w każdym momencie, chwila po chwili w geście komunikacji łączymy się z wszystkimi innymi istotami. I to właśnie jest współczucie. Kiedy idziesz z przyjacielem na kawę pogadać o pracy, o tym, jakiego okropnego masz szefa, to także jest współczucie, ponieważ dochodzi tu do wzajemnego współistnienia energii świata. Ale my rzecz jasna nie postrzegamy tego jako współczucia. Przeżywamy przywiązywanie się, potwierdzanie własnego, utrwalonego poczucia siebie poprzez operacje myślowe typu: „Ja mówię do ciebie; ty siedzisz tam; jesteś osobą oddzieloną ode mnie; twoja historia jest inna niż moja. Tak naprawdę jesteś inny niż ja.” Jestem zatem sobą, całkowicie sam. I każdy tutaj czuje podobnie: „Jestem sobą, kimś zupełnie samotnym” i nawiązujemy rozmowę z innymi ludźmi z nadzieją, że odnajdziemy jakąś nić porozumienia. Tak właśnie żyjemy, w swoim kokonie bycia odrębną jednostką. Poprzez praktykę medytacji możemy się trochę rozluźnić, a kiedy się rozluźniamy, widzimy, że to „ja” pojawia się zawsze wraz z innymi ludźmi. Nawet, gdy zasypiasz, ułożony na poduszce, i świat zaczyna się rozpływać, leżąc w objęciach innej osoby, to jest tak, jakbyś wracał do samego siebie. Nawet w snach zazwyczaj śnimy innych ludzi. Nasza egzystencja jest zawsze relacyjna. To, kim jesteśmy, jest zawsze związane z innymi ludźmi. I chociaż na jednym poziomie rodzimy się sami i samotni umieramy, wszystko, co nas dotyczy, ma charakter relacyjny. Ubrania, które nosimy, uszyli ludzie; jedzenie, które jemy, ktoś wcześniej przygotował, wyprodukował; ktoś inny nas wozi po mieście, ciężarówki skonstruowali inżynierowie. Nie tylko jesteśmy po prostu od innych zależni, ale także nierozłączni: nasz sposób istnienia jest nieodłączną, wręcz intymną częścią istnienia innych ludzi. Taka jest natura współczucia. Chodzi tylko o to, jak swobodnie kontaktować się z innymi, jak nauczyć się czerpać radość z
        energetycznej jakości tych związków, wraz z ich wzlotami i upadkami. Nie jest to bynajmniej jakaś new age’owska fantazja, w której wszyscy się tylko uśmiechają. Życie jest pełne problemów, jest w nim depresja, lęk i zamęt.

        Polubienie

      2. Filtrowanie świata przez doświadczenia
        Chcemy zrozumieć, czym tak naprawdę jest depresja. Myślenie o niej w stylu „Moja depresja
        mnie dręczy, chcę się jej pozbyć” tylko cię w niej coraz bardziej pogrąża. Jeśli zaś podejdziesz do niej
        z czymś w rodzaju zaciekawienia typu: „Och, rzeczywiście, dziś mam myśli samobójcze, miałbym
        ochotę nie żyć. O co w tym chodzi? Jaka jest jakość tego uczucia, które wydaje się aż tak mnie
        pochłaniać? Wydaje się przepełniać mnie aż do szpiku kości, wypełniać sobą całą przestrzeń.
        Jedzenie nie ma smaku. Mój umysł jest ciężki.” Jeśli pozostaniemy z tym przeżyciem, w kontakcie z
        nim, ale nie dając się mu pochłonąć, jeśli się to uda, dostrzeżemy, że jest w nim ruch. Zaczyna się
        zmieniać, czujesz, że depresja ma wiele barw. Większość z nich to szarości, brązy, ciemne błękity i
        fiolet. Nie są to jasne i wiosenne kolory, ale znajdziemy wiele różnych odcieni, a im więcej będziesz
        się im przyglądać, tym więcej znajdziesz: „Och, tak właśnie wygląda subtelna faktura zmieniającego
        się przeżywania”.
        – 6 –
        Chodzi więc o to, aby zamiast czegoś ciężkiego i przytłaczającego, co odcina mnie od świata,
        zobaczyć raczej faktyczny odcień, zabarwienie otwartej przestrzeni własnego istnienia. Tak jak w
        teatrze, gdzie stosuje się sceniczne lampy z czerwonymi, niebieskimi czy zielonymi filtrami. Te
        przeżycia są filtrami, przez które doświadczamy świata. Sam filtr nie jest niczym niewłaściwym, daje
        takie a nie inne światło; ten moment ma taką barwę. I ona się zmieni. Właśnie w ten sposób, zamiast
        zwalczać to, co się przeżywa, usiłując przejąć kontrolę, uczymy się przyjmować własne doświadczenia
        i czuć się z nimi swojsko.
        Tak wiele psychicznej udręki powstaje właśnie dlatego, że człowiek czuje się jak rzecz, coś, ktoś,
        jednostka, oddzielony od otoczenia, a cieniutka, niepozorna skórka ego ma trudność, aby nie
        dopuścić do jego rozpadu. Z punktu widzenia poglądu buddyjskich nauk jest to prosty sposób na
        cierpienie – to fałszywe założenie, (ang. mis-take) błąd na wejściu w spostrzeganiu rzeczywistości.
        Sądzimy, że trzeba zdobyć pozycję w świecie, zająć jakieś stanowisko przeciwko światu i dzięki temu,
        mobilizując swoją energię, ucząc się jak odczytywać jego działania i strukturę, stać się silnym,
        bardziej kompetentnym i efektywnym w robieniu rzeczy jak należy. Wtedy nasze życie ma stać się
        prostsze.
        Chcemy być ekspertami, mieć władzę i kontrolę, dzięki którym mamy ugruntować swoją
        bezpieczną tożsamość. Przez jakiś czas to działa, ale sytuacja wciąż się zmienia. Potężne ekonomie
        słabną, a zdrowi ludzie zaczynają chorować. Umierają młodzi, niektórzy giną w wypadkach
        samochodowych, zostają kalekami. To, co miało być trwałą, stabilną sytuacją, na której można się
        oprzeć, było zawsze – od zawsze – niezwykle podatną na zmiany manifestacją, istniejącą w oparciu
        wiele niedostrzegalnych dla nas czynników. Za każdym razem, kiedy być może jechaliśmy na rowerze
        wśród pędzących samochodów i nie mieliśmy wypadku, coś chroniło nasze zdrowie. Za każdym
        razem, kiedy jadąc samochodem napotkaliśmy po drodze wariata za kierownicą i nie doszło do
        wypadku, jakieś niewidzialne siły podtrzymały nas przy życiu. Tak to właśnie wygląda. Skoro inni
        ludzie mają wypadki, nasze być może jeszcze się nie zamanifestowały. Nie wiemy, jak wiele różnych
        czynników, energii, umożliwia nam trwanie w tej a nie innej sytuacji.
        Buddyzm postuluje zatem, abyśmy odchodzili od myślenia w kategoriach odrębności, rzeczy,
        które można wzmacniać, nasilać czy bronić, i rozluźniali się w bezpośrednim przeżywaniu siebie i
        innych jako części świata. Inni ludzie nie są naszymi wrogami, nie istnieją po to, aby ich pochłonąć w
        drapieżny sposób, ani ich kontrolować, abyśmy mogli sami czuć się bezpiecznie. Istoty manifestują
        się jako energia czy też jakość egzystencji. Czasami jest to jasne, a czasami nie. Kiedy przemierzasz
        ulicami miasta możesz sobie postanowić, że skoro wszyscy mijani ludzie są strasznie spięci i
        zestresowani, trzeba mieć się na baczności. To oczywiście połowiczne rozwiązanie. Dobrze jest być
        czujnym, ale można też zmniejszyć agresję, rozładować napięcie, i po prostu iść ulicą tanecznym
        krokiem, płynąć jak ryba mijająca wodorosty w głębinach, nie oczekując, że inni o nas zadbają ani nie
        pchając się w tarapaty z własnego wyboru. Świadomość i obecność pozwala nam odnaleźć się w
        sytuacji, kiedy ta się pojawia. Jest to dla nas dobre, bo pozwala zachować świeżość. Jest też
        korzystne dla naszych relacji z innymi, bo redukuje lęk i oczekiwania, które zazwyczaj mamy.
        Aby żyć w taki sposób, trzeba spełnić dwa podstawowe warunki: pierwszy to przeżywanie
        doświadczeń w pełnym wymiarze istnienia, naturalnej otwartości naszego umysłu, którą przysłaniają
        myśli, uczucia i przekonania. Drugi polega na jednoczesnym i nieustannym powracaniu do pytania,
        czym w rzeczywistości są przekonania, jaka jest natura myśli.

        Polubienie

      3. W sumie to co zobaczył Budda widziałam już jako dziecko, choć wiem, że przed nim to ukrywano, ale może i dzięki temu miał przynajmniej beztroskie dzieciństwo 🙂 bo ja niestety z powodu tego co widziałam strasznie się nacierpiałam i to naprawdę już od najwcześniejszych lat życia, a niejeden raz z tego powodu chciałam się po prostu zabić.. nie wytrzymywałam tego wszystkiego i to nie tyle własnego bólu ile bólu innych… W momentach kiedy jednak naprawdę dopuściłam się już próby samobójczej i czułam, że zaczynam odchodzić.. włączało się we mnie poczucie winy i myśl, że zamiast pomóc innym uciekam, zostawiając ich samych.. a więc wracałam z nadzieją, że jakoś dam radę..

        Wiem też, że Budda nie oświecił się w jednej chwili i że to był cały długi proces, do którego dochodził metodą prób i błędów, a więc taka historia to tylko duże uproszczenie, aczkolwiek bardzo piękne… ot taka dobrze zrobiona reklamówka:)

        W każdy bądź razie Budda w pewnym momencie porzucił swoje dotychczasowe życie, opuścił swój dom, żonę i dziecko.. Mnie też się to niejeden raz marzyło, ale niestety mimo wszystko trzyma mnie tu zbyt duże poczucie odpowiedzialności za innych… Nie zostawię choćby małych dzieci i nie ucieknę do Tybetu medytować sobie spokojnie w jakiejś jaskinii.. i myślę, że wcale nie muszę, bo to najwyczajniej pójście na łatwiznę.. Zresztą wydaje mi się, że moje doświadczenia medytacyjne (i w ogóle) nie są w niczym gorsze od doświadczeń medytujących mnichów.. ale to się wydaje takie cool.. zamknąć się w spokoju przed całym światem… kto może niech korzysta 🙂

        Ja jednak póki co pójdę dalej swoją drogą.. 🙂

        Polubienie

      4. Relaksacja i dzogczen: ngo wo, rang bzhin i thugs rje
        W naukach dzogczen istnieje wiele różnych instrukcji medytacji i precyzyjnych opisów, jak ją
        wykonywać, ale podstawową zasadą jest rozluźnienie się, zrelaksowanie. Dzięki relaksacji możemy
        zacząć rozróżniać rozmaite przejawy, aspekty własnego umysłu. Umysł nie jest jednak jak chleb
        pokrojony na kromki, więc wszystkie jego przejawy są ze sobą wzajemnie powiązane.
        Zgodnie z tradycją tybetańską umysł przejawia się na trzy sposoby (tyb. ngo wo, rang zin i thugs
        rje).
        Ngo wo
        Pierwszy z nich to przestrzenność albo inaczej nieuchwytność. Kiedy usiądziesz – zwyczajnie
        spokojnie usiądźcie, z lekko otwartymi oczami, rozluźnijcie się i zróbcie wydech, i wydychając
        powietrze bądźcie z tym, co jest i po prostu obserwujcie. Jeśli jesteście spokojni, możecie zauważyć,
        że już samo rozejrzenie się po tym pomieszczeniu pozwala dostrzec różne rzeczy. Można na przykład
        zauważyć, że to samo pomieszczenie jest inne na poziomie doświadczenia niż na poziomie pojęcia.
        „Na rozum” wiemy, że ten pokój jest kwadratowy, ma określoną wysokość, jest taki czy inny, że jak
        się obejrzysz, pamiętasz, co było wcześniej w danym miejscu. Ale to jest myśl. Pamięć używa pojęć,
        aby tworzyć w moim umyśle obraz tego, co tam jest. Co tak naprawdę odbieram, jest czymś zupełnie
        innym. W rzeczywistości to, co odbieramy, to chwilowe przeżycia, ich przepływ, pulsacja. Dopiero
        później przystępujemy do kształtowania złożonych form, tworzymy całość – gestalt2, ale to już jest
        tworzenie, konstruowanie; coś dodanego do samego przeżycia.
        Kiedy pozwolimy przeżyciu zaistnieć, widzimy, jak się zaczyna i kończy, wówczas możemy zająć
        się samym przeżywającym: jak najłagodniej się da, ale nie z wytężoną dociekliwością detektywa,
        tylko naprawdę bardzo spokojnie towarzyszymy samym sobie w procesie bycia sobą, uprzytomniamy
        go sobie i zaczynamy odkrywać tą nieuchwytną, niewysłowioną, ale jednocześnie bardzo prawdziwą i
        obecną jakość bycia sobą – otwartość, obfitość własnego istnienia. To jest właśnie ngo wo, pierwszy
        aspekt umysłu.
        Rang bzhin
        Drugim sposobem przejawiania się umysłu, rang bzhin, jest fakt, że ta otwartość jest pełna
        różnych możliwości: myśli, uczuć, wrażeń, marzeń – wszystkiego, czego tylko moglibyśmy zapragnąć.
        Mamy wszystko, co tylko jest nam potrzebne, całe bogactwo możliwości.
        Zawsze jest więcej potencjału niż samych jego manifestacji. To naprawdę niezmiernie ważna
        kwestia, ponieważ żyjemy w świecie, w którym ludzie są zdefiniowani, jesteśmy zdeterminowani
        tym, jacy jesteśmy. Na przykład rodzice mogli mieć na nasz temat jakiś pogląd, albo sami go sobie
        wyrobiliśmy. Myślimy: „Jestem za niski; jestem za gruby; mam za duży tyłek; za małe piersi;
        2 Gestalt – tu: w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że teoria gestalt dotyczy relacji pomiędzy całością
        a częściami, które się na nią składają, a w kontekście percepcji – tego, jak całość i jej części są postrzegane przez
        umysł, oraz jak całość jako figura wyłania się z tła.
        – 9 –
        zaczynam łysieć!” Mamy całe mnóstwo różnych poglądów na własny temat i żyjemy uwięzieni w ich
        ramach. Już się oceniliśmy, jak księgowy podsumowaliśmy pewne fakty dotyczące naszej egzystencji,
        po czym dochodzimy do wniosku „Teraz już wiem, kim jestem!”
        Uważamy, że przejaw, manifestacja, definiuje esencję. Działamy tak, jak byśmy z góry wiedzieli,
        kim są ludzie; kolejnym krokiem jest formułowanie osądów i uprzedzeń. Jeśli zostaną one jakoś
        wyrażone, na przykład przeciwko jakiejś mniejszości, czarnoskórym czy homoseksualistom, możemy
        usłyszeć: „Jak to!? Tak nie należy mówić! Powinieneś być bardziej tolerancyjny, otwarty!”. Ale kiedy
        obserwujemy samych siebie możemy zauważyć, że cały czas w taki sposób działamy!
        Jest to jeden z normalnych mentalnych procesów, zachowujemy się tak, ponieważ daje nam to
        poczucie kontroli. Weźmy przykład małych dzieci: w miarę, jak gromadzą własną „bazę danych” na
        temat świata, zyskują coraz większe poczucie pewności i bezpieczeństwa. W oparciu o tą wiedzę
        konstruują zatem swój świat, ale oczywiście wiedza zawsze nadmiernie definiuje sytuację.
        Wracając do tego drugiego przejawu umysłu, przeżywamy wielką radość, kiedy pozwalamy sobie
        przyjąć wszystkie te dziwne myśli, strzępki snów na jawie, wszystkie te rzeczy, o których pisał Freud:
        przejęzyczenia, dwuznaczności czy nieporozumienia. Zaczynamy dostrzegać, że nie są one żadnym
        błędem; nie trzeba się nimi napinać; to jedynie kreatywność umysłu.
        Umysł nie jest zorganizowanym, uporządkowanym konstruktem, jakimś projektem w stylu
        Bauhaus 3. Już bardziej przypomina kobierzec alpejskich, dzikich kwiatów, na których siadają wrony
        albo skubią krowy i kozy, więc kiedy zbierasz bukiet, rośliny są zazwyczaj mniej lub bardziej
        uszkodzone. Gdyby obstawać przy tym, jak powinien wyglądać prawidłowy kwiat, coś takiego można
        by uznać za skazę, ale byłoby to raczej głupie. Zazwyczaj uważamy, że jest to ich naturalne piękno.
        Podobną tolerancję możemy rozwijać w stosunku do samych siebie. Zamiast mówić: „O Boże,
        coś jest ze mną nie tak. Ja tu nie pasuję… Mam nie taką figurę… Powinnam być bardziej uprzejma…
        Powinienem pozbyć się tych złych myśli i mieć same dobre…”, możemy zacząć dostrzegać, że
        wszystko, co nazywamy niedoskonałością, jest częścią nieskończonego bogactwa naszego
        potencjału. Kiedy coś doceniamy, towarzyszymy czemuś, dopiero wtedy się to przed nami odkrywa.
        Jeśli jednak zanim coś rzeczywiście przeżyjemy, już „wiemy”, czym to jest, nigdy tego naprawdę nie
        zobaczymy. Widzimy jedynie odzwierciedlenie naszych własnych uprzedzeń.
        I jest to jedna z funkcji, jakie pełni medytacja: pomaga nam uświadomić sobie, jak ograniczający,
        jak skąpi, niegościnni jesteśmy dla siebie samych. Jak, siedząc w medytacji, przeżywając te dziwne
        poruszenia własnego umysłu, myślimy: „Coś jest ze mną nie tak, nie mam nad sobą kontroli”.
        Wszystko przez to, że zaczynamy od założenia: „Powinienem kontrolować własny umysł”. Ale kim
        jest to „ja”, które powinno kontrolować umysł? Przecież „ja” samo jest tylko myślą powstającą w
        umyśle. Niczym więcej, jak tylko przejawem, manifestacją. Nie ma w sobie rzeczywistej, uchwytnej
        substancji.
        A zatem pierwszy sposób przejawiania się umysłu – otwartość – jest niezmienna, lecz to, co od
        niej nieodłączne, to nieskończona różnorodność możliwości. Im bardziej czujemy się z nią swobodnie
        i ją doceniamy, tym bardziej dostrzegamy wielość rozmaitych możliwości, dzięki którym, przechodząc
        do trzeciego sposobu przejawiania się umysłu, thugs rje, będącego precyzyjnym przeżywaniem
        istnienia chwila po chwili, jesteśmy w pełni w danym momencie, jakikolwiek by nie był.
        Uzmysławiamy sobie, że niezależnie od tego, jacy jesteśmy, wszystko stanowi część pełni bogactwa
        potencjału.

        Polubienie

      5. Mnie najbardziej dołuje próba odkrycia konkretnej informacji na temat
        śmiertelności lub nieśmiertelności naszej świadomości.

        Czytam książki i raz wydaje mi się że znalazłem dowód na nieśmiertelność za chwilę odnajduję dowód na to że nieśmiertelni to my jesteśmy ale nie tak jakbyśmy chcieli. Jesteśmy nieśmiertelni jako projekt, szkic istoty żywej w ogóle ale jednostkowo, ze swoimi wspomnieniami i myślami, po prostu giniemy stając się częścią projektu/szkicu, w oparciu o który powstanie ktoś nowy, już nie my.

        Nie wiem o co w tym chodzi, czemu to jest takie sprzeczne jedno z drugim… Albo ktoś unika odpowiedzi albo za wszelką cenę nie chce nas dołować informacją że po śmierci nie będzie kontynuacji nas, w takiej formie o jakiej marzymy.

        Polubienie

      6. Myślę Mezamirze, że powinny Cię zainteresowac pewne informacje.. muszę je jednak odszukać, zebrać w jednym miejscu i przedstawić na tyle czytelnie, aby nie wyszła z tego kolejna mieszanka wedlowska 🙂

        są to oczywiście takie informacje, które przynajmniej w jakimś tam stopniu ze mną rezonują, a często w dużym..

        i tak przy okazji.. Rakesh podesłał mi wczoraj link do artykułu, który skojarzył mu się z tym moim srebrnym słońcem, oraz wcześniejszym srebrny kluczem… mowa w nim też o nieśmiertelności… a co ciekawe tak właśnie odebrałam to srebrne źródło…

        SILVER RIVER

        The 5 Stages of the Silver-Seed Awakening & the AMCC-MCEO-Krystal River Fail-Safe Host™

        AMCC-MCEO-GA™ excerpt (for theoretical exploration; © 8/2013 E’Asha Ashayana & EFFI-Project™):

        The process of reawakening the Krystar plasma-frequency spectra is precise, systematic and sequential, beginning slowly with a progressive opening of first an External Creation elemental-spectra “grounding-base frequency platform”, then incrementally building/expanding that grounding-base to hold/run stronger and larger elemental frequency spectra. Once the full range of (local to Cos-MY’ah level) External Creation elemental frequency spectra have been opened within a sufficient-quantum grounding-base, the Internal Creation plasma frequency spectra of the Krystar can then enter and progressively expand until the organic Silver-Seed Krystar Core Plasma Flows of the Krystar Silver-Seed return outward into External Creation, to initiate open circulation of the Eternal Life Silver-Seed Krystar Core Plasma spectra between Internal and External Creation.

        Using analogy, the process of restoring the organic Silver-Seed Krystar Core Plasma Flows can be compared to “building a toweror spire, from the bottom up”; which occurs in five primary stages. In Stage-1, a sufficient-quantum External Creation grounding-base elemental frequency platform is set, then this frequency-structure is progressively built up and expanded upward and inward (toward Internal Creation), until it “crests the boundary between External and Internal Creation” (the D-Planes), allowing for Internal Creation D-Planes first plasma flows(“top downward/outward” Internal D-Planes plasma flows) to enter External Creation, which initiates Stage-2.

        In Stage-2, once D-Planes first plasma flows initiate (through fulfillment of Stage-1), this growing “spire of frequency” continues to expand upward and inward, until finally accreting sufficient strength to anchor/hold the “pyramidal cap stone” (Cos-MY’ah Core Sun-8 plasma-frequency spectra); as the “pyramidal cap stone” is “placed on top” of the frequency “spire” and activated, the Internal Creation Cos-MY’ah Core Sun-8 plasma flows (“top downward/outward” Internal Sun-8 Core plasma flows) enter External Creation, which initiates Stage-3.

        Continuing this “spire building” analogy, in Stage-3, once Cos-MY’ah Core Sun-8 plasma flows activated (through fulfillment of Stage-2), the “point-tip of the pyramidal capstone” then “pierces the veil” between the Internal Creation Plasma Fields and the Krystar Core Silver-Seed, releasing the Silver-Seed Krystar Core Plasma Flows into the “pyramidal cap stone”, which then directs the Silver-Seed Krystar Core Plasma Flows (top downward/outward flows) progressively through the “frequency spire” and into External Creation”, which initiates Stage-4.

        In Stage-4, once the Internal Creation Silver-Seed Krystar Core Plasma Flows release into External Creation (through fulfillment of Stage-3), they will then progressively re-enter circulation within all aspects of External Creation, which initiates progressive restoration of the organic Krystar Plasma Templates (Chismatic Field), and corresponding Eternal Life potentials within External Creation, which after a period of Chismatic Restoration Cycles, initiates Stage-5.

        In Stage-5, after a period of Krystar Plasma Template Chismatic Restoration Cycles completes (through fulfillment of Stage-4), the pathways of circulation, between Internal and External Creation fully open, and the frequency-spectra fields of Internal, D-Planes and External Creation merge, progressively allowing Eternal Life potentials to become available to all within External Creation, and providing all within External Creation the opportunity to re-enter Eternal Creation. Fulfillment of this eternal organic process is called the “Silver Seed Awakening”, and its orchestration is the purpose of the AMCC-MCEO-Krystal River Fail-Safe Host™.

        5 Stages of the AMCC-MCEO Krystal River Fail-Safe Host: Summary
        For theoretical exploration only; © 8/2013 E’Asha Ashayana & EFFI-Project™ page-1

        see all:

        http://www.emeraldguardians.nl.eu.org/p/freedom-teachings_24.html

        🙂

        to oczywiście jakieś techniki, które wydają się w dodatku bardzo skomplikowane, a ja nie przepadam za takimi technikami, w ogóle za gotowymi technikami.. choć czuję, że one ewidentnie łączą się z tymi doświadczeniami…

        i póki pamiętam… dla odmiany miałam kiedyś sen o złotej rzecze, która nazywała się RISHI RIVER…. Słoneczni Rishi…..

        Polubienie

      7. Dzogczen zaczyna się dokładnie tam, gdzie jesteśmy, i nie sugeruje, że powinniśmy udać się gdzie indziej lub robić cokolwiek innego niż robimy. Jesteśmy raczej zaproszeni do spoczęcia w rozluźnionej obecności, otwartej na każdy moment taki, jakim jest. Źródło lub podstawa tej chwili jest tą samą, co podstawa następnej chwili, i następnej, i następnej. Mimo że dostrzegalna zawartość tego, co się dzieje, zmienia się z chwili na chwilę, kiedy spoczywamy w podstawie, bezpośredniej otwartości, która jest naszym naturalnym stanem, odkrywamy, że wcale się nie zmienia. Spoczywając w otwartości naszego bytu, zaczynamy widzieć, że wszystko, co się dzieje, jest grą energii nieuchwytnej podstawy. Czyja jest ta energia? Nasza. Ale nie nasza w ten sposób, w jaki mogę powiedzieć, że „To jest mój zegarek.” Zegarek jest własnością. Nasza energia nie jest własnością, nie jest nią
        też naturalny stan, nasza prawdziwa natura. Mimo, że była tu od samego początku, nigdy jej nie posiadaliśmy. Jest naszą podstawą, podstawą naszego istnienia. To jest, jesteśmy manifestacją tej podstawy, tej otwartej obecności, i nasz związek z nią jest jak związek dziecka z jego matką. Matka była obecna zanim urodziło się dziecko; dziecka nie było przed matką. Dziecko wyszło z ciała matki, a matka pamięta wszystko o dziecku. Może pamiętać moment poczęcia, wczesne stadium ciąży, rozwój płodu, doświadczenie rodzenia, wstawanie w nocy, karmienie dziecka i tak dalej. Wszystkie te rzeczy dziecko zna jedynie dzięki opowieściom, które słyszało.

        Podobnie, nasza dostrzegalna forma jest dzieckiem otwartego stanu, matki.
        Jednak, zapomnieliśmy o tej matce, naszej naturalnej podstawie.

        Dzogczen oznacza „wieka doskonałość”, co wskazuje na to, że wszystko jest doskonałe
        takie, jakim jest, ponieważ jest tym, co jest, i niczym innym. Ten prosty fakt jest urkyty przez nieustanny ruch naszych nadziei i lęków. Dzogczen może być przedstawione jako okrągła kulka. Kulka nie ma kantów, nie ma krawędzi, i jakkolwiek byśmy jej nie obrócili, jest zawsze taka sama. Podobnie, kiedy spojrzymy na naturę naszego umysłu, nie znajdziemy żadnej konkretnej rzeczy. Jest tylko przestrzenna dostępność. Paradoksalnie jednak właśnie dlatego że nic nie mamy, mamy wszystko. Tak długo jak chcemy czegoś, zwłaszcza czegoś specjalnego, konkretnego, czegoś, co pasuje naszemu poczuciu tego, kim jesteśmy, nie dostaniemy „nic”, dostaniemy „coś”. I to „coś” jest dużą przeszkodą, ponieważ dostając do ograniczamy się i przywiązujemy naszą tożsamość do skończonych i ulotnych zdarzeń. Podstawowa natura nie jest czymś, co możemy wziąć; nigdy nie będzie pochwycona. Wszystko na tym świecie można „pochwycić”; jedne kraje są „przechwytywane” przez inne kraje, można „złapać” chorobę, i tak dalej. Ale nasza natura to nie własność, nie jest to byt. Nie jest podobna do niczego innego. Teksty mówiące o Dzogczen często mówią: Jeżeli idziesz do nieba, idź do nieba. Jeżeli idziesz do piekła, idź do piekła. „Czemu miałbym chcieć iść do piekła? Chcę iść do nieba – tam jest dużo fajniej. Znam siebie, wiem czego chcę. Niebo i piekło nie są tym samym, bardzo się różnią!” Różnią się? Dla kogo? „Dla mnie! Nie jestem głupi! Dobre rzeczy są dobre, złe rzeczy są złe! Chodziłem do szkoły, umiem odróżnić gówno od czekolady!” To
        jest pogląd, z którym jesteśmy zaznajomieni, wydaje się nam mieć sens. Jednak nasza
        możliwość omijania „złych” rzeczy i nabywania „dobrych” jest bardzo ograniczona.
        Osadzając naszą tożsamość w ciągle zmieniającym się ciągu doświadczeń, stajemy
        się zakładnikami losu. Dzogczen pokazuje prawdziwą podstawę naszego bytu, wadżra –
        niezniszczalną, nieuchwytną, otwartą obecność.

        Nasz umysł sam w sobie jest wadżrą –
        Niezniszczalnym.
        Podstawa naszego istnienia
        Świetlista, otwarta przejrzystość,
        Niezrodzona i nieustanna,
        Nie jest wytworzona przez dobre uczynki,
        Ani zniszczona przez złe uczynki.
        Od samego początku była tam,
        Jest zawsze tu, bliżej nas niż nasz oddech.
        Ten otwarty stan, środek naszego serca, jest gościnny dla wszystkiego.

        To, co bierzemy za nasze doświadczenie jest właściwie konceptualnym zdarzeniem
        dziejącym się po aktualnym momencie doświadczenia. Odpowiadamy na nasze wrażenia
        związane z tym, co się wydarzyło, i właśnie wrażenie jest interpretacją, odpowiednikiem momentu, który już minął. Jeżeli nam się podoba, trzymamy się go, jeżeli nie – próbujemy się go pozbyć. To daje nam wrażenie kontrolowania, zarządzania naszym życiem. Ale tak właściwie łapie to nas w pułapkę w mentalnym świecie, wymiarze odbić. Gonimy za wydarzeniami, próbując je uporządkować, lecz wydarzenia same z siebie już się skończyły, więc porządkujemy jedynie echa i cienie. Dlatego, jeżeli nie będziemy widzieć naszej natury bezpośrednio, będziemy wiecznie zajęci próbując poprawiać i polepszać to, co się dzieje. A to sprawia, że czujemy się podatni i na łasce wydarzeń.

        Polubienie

  6. Dzogczen zaczyna się dokładnie tam, gdzie jesteśmy, i nie sugeruje, że powinniśmy udać się gdzie indziej lub robić cokolwiek innego niż robimy. Jesteśmy raczej zaproszeni do spoczęcia w rozluźnionej obecności, otwartej na każdy moment taki, jakim jest. Źródło lub podstawa tej chwili jest tą samą, co podstawa następnej chwili, i następnej, i następnej.

    Wykład z Centrum Drzewo Życia, Szczecin, Polska, 7-8 maja 2009 r.
    James Low

    Transkrypcja i tłumaczenie na j. polski: Bartek Czajkowski

    Korekta tłumaczenia : Joanna Janiszewska-Rain
    http://www.simplybeing.co.uk/wp-content/uploads/2013/01/230-2009-May-Poland-Szczecin-Start-where-youll-finish-Polish-Webready.pdf

    Polubienie

  7. Kiedyś pisałaś o karmie w jednym z komentarzy, teraz trafiłem na taki fragment wykładu Jamesa Lowa

    To prowadzi do tego, co opisuje się jako trzeci poziom ignorancji, ignorancji nierozumienia karmy. Karma to sposób, w który działania tworzą nie tylko natychmiastową konsekwencję, ale również energetyczny rezonans, który manifestuje się później. W swojej pierwszej nauce, Budda Śakjamuni wyjaśnił naturę przyczyny i skutku. Powiedział On, że jeżeli chcemy dowiedzieć się coś o naszych przeszłych życiach i działaniach, powinniśmy spojrzeć na swoje ciało teraz, a jeżeli chcemy znać swoje przyszłe żywoty, powinniśmy spojrzeć na swoje obecne działania. Zwykle nie myślimy o sobie w ten sposób. Jeżeli ktoś jest bardzo ładny, wtedy może poczuć „Och, jestem bardzo piękny”. Jeżeli ktoś idzie do szkoły i dobrze mu idą egzaminy, może pomyśleć „Och, jestem bardzo inteligentny. To jest to, kim jestem. Taki jestem”. Jakkolwiek, z buddyjskiego punktu widzenia, cokolwiek powstaje, powstaje takim dzięki przyczynom i warunkom. Cokolwiek mogłoby się wydawać trwałe, pewne i godne zaufania, po prostu manifestuje na chwilę dany kształt. Kiedy zmienią się przyczyny i warunki, forma, którą przyjęliśmy jako istniejącą samą w sobie, rozpuszcza się, zmienia się – nie trwa. Piękna osoba może jechać w samochodzie,
    który weźmie udział w wypadku. Jej twarz przejdzie przez przednią szybę i po wypadku nie będzie już taka ładna. Są to ciężkostrawne, choć proste fakty, jako że nic, co zostało stworzone, nie trwa wiecznie.

    Mimo, że Budda tłumaczył, że żyjemy we śnie, my uważamy, że jesteśmy na jawie.
    Myślimy, że jesteśmy odpowiedzialnymi dorosłymi ludźmi podejmującymi ważne decyzje
    dotyczące naszego życia. Myślimy, że wiemy, jak funkcjonuje świat. Ale tak właściwie, nie rozumiemy zbyt wiele. Co więcej, wszystkie nasze działania sprowadzają się do tworzenia przyczyn przyszłych doświadczeń. Musimy więc uważać co robimy, jako że nie możemy uciec od konsekwencji swoich czynów. Tak długo, jak wierzymy, że ten zewnętrzny poziom manifestacji – wszystko, co widzimy, co czujemy, co słyszymy i tak dalej – jest wszystkim co istnieje, będziemy ciągle próbowali odepchnąć od siebie złe rzeczy i przyciągnąć dobre. To sprawia, że robimy każdego dnia wiele różnych rzeczy. Jako że nie mamy czasu, przestrzeni ani okazji do refleksji nad tym, co się właściwie dzieje, każdy, kogo spotykamy, potwierdza „nas”, upewnia nas w naszych przekonaniach o tym, co uważamy za
    prawdziwe.

    Polubienie

      1. To my sami kręcimy kołem Samsary, na naszą własną niekorzyść 🙂 Można to porównać do ćpania, im bardziej uzależniona jesteś tym większą przyjemność odczuwasz z kolejnej większej dawki ale rozkosz szybko mija i pojawia się ból głodu. Więc aby go zlikwidować bierzesz kolejną dawkę krótkotrwałego szczęścia ono coraz bardziej Cię uzależnia i coraz bardziej boli gdy jesteś na głodzie itd itd

        Polubienie

      2. na czyją korzyść?

        Na niczyją… jedyną korzyścią jest to że w pewnym momencie mamy już dość samsary i zamiast się w niej babrać, szukamy wyjścia.

        Polubienie

      3. /TERAPIA WSTRZĄSOWA

        “(Nie jesteśmy ani, jak mówisz, “Kimś”, ani nie pochodzimy z ..Gdzieś”. Nie jesteśmy również nadzorcami Ziemskiego Ogrodu, ani ogrodnikami. Nie zbieramy i nie przekazujemy luszu – energii wytworzonej przez ludzi. Nie braliśmy żadnego udziału w przygotowaniu programu szkoły intensywnego uczenia się, choć byliśmy świadkami powstania tej szkoły i od samego początku obserwujemy jej rozwój. W razie konieczności, gdy powstaje blokada w przepływie energii, służymy swoją pomocą, nie naruszając przy tym ciągłości nauki. Nasze współuczestnictwo w tym procesie jest dla nas bardzo ważne: my dzięki niemu też się rozwijamy.)“/ Robert Monroe, Dalekie Podróże http://liviaspace.com/2014/03/18/escape-velocity/

        Polubienie

      4. Przepraszam, ale cały ten karmiczny wątek skończył się u mnie odruchami torsyjnymi… Na szczęście w nocy miałam bardzo ciekawe doświadczenia energetyczne… mimo to… powrót do typowego 3D… i już na starcie… nic tylko sobie rzygnąć…. motylki latają, ptaszki śpiewają… a tak naprawdę wszyscy wszystkich nawzajem zżerają!

        cóż, lubię sobie troszkę poprowokować.. po to aby wywołać jakieś żywsze reakcje zarówno ze swej własnej strony jak i innych… a więc i skłonić do głębszego zastanowienia się nad pewnymi odgórnie przyjętymi prawdami np. Bóg jest Miłością, Karma jest zawsze sprawiedliwa… tak już było i będzie…. mężczyźni wolą blondynki… mimo iż.. blondynki są głupie, itd….

        Wspomóż dopomóż wyjątku czuły odeprzeć tłumne armie reguły(Sted)

        w każdym bądź razie uważam, że te filmiki, które zamieściłeś Mezamirze są bardziej wymowne niż wcześniejsze cytaty, z wyjątkiem z twoich własnych słów:

        Mezamir | 21 Marzec 2014 o 11:26

        „Mnie najbardziej dołuje próba odkrycia konkretnej informacji na temat
        śmiertelności lub nieśmiertelności naszej świadomości… Nie wiem o co w tym chodzi, czemu to jest takie sprzeczne jedno z drugim… Albo ktoś unika odpowiedzi albo za wszelką cenę nie chce nas dołować informacją że po śmierci nie będzie kontynuacji nas, w takiej formie o jakiej marzymy…..”

        a o jakiej formie marzysz? bo mnie szczerze mówiąc marzy się zupełnie coś odwrotnego 😉

        Polubienie

  8. W astrologicznej też ale zupełnie inaczej sprawa się przedstawia jeśli chodzi o czakramy. Mamy czakrę anahata i manipura. Manipura to solar plexis czyli związana ze Słońcem a czakra anahata to czakra serca związana z Księżycem. Standardowo serce związane jest z fazą Lwa, a tutaj jakby na odwrót.

    Polubienie

    1. Lion Heart….. Lion Heart…. Lion Heart….

      Taking over this town, they should worry,
      but these problem aside I think I taught you well.
      That we won’t run, and we won’t run, and we won’t run.

      And in the winter night sky ships are sailing,
      looking down on these bright blue city lights.
      And they won’t wait, and they won’t wait, and they won’t wait.
      We’re here to stay, we’re here to stay, we’re here to stay.

      Howling ghost they reappear
      in mountains that are stacked with fear
      but you’re a king and I’m a lionheart.
      A lionheart.

      His crown lid up the way as we moved slowly
      pass the wondering eyes of the ones that were left behind.
      Though far away, though far away, though far away
      we’re still the same, we’re still the same, we’re still the same.

      Howling ghost they reappear
      in mountains that are stacked with fear
      but you’re a king and I’m a lionheart.
      And in the sea that’s painted black,
      creatures lurk below the deck
      but you’re a king and I’m a lionheart.
      And as the world comes to an end
      I’ll be here to hold your hand
      cause you’re my king and I’m your lionheart.
      A lionheart. / x8

      Howling ghost they reappear
      in mountains that are stacked with fear
      but you’re a king and I’m a lionheart.
      And in the sea that’s painted black,
      creatures lurk below the deck
      but you’re a king and I’m a lionheart.
      A lionheart. / x8

      autor: Of Monsters And Men

      Przejmujemy to miasto, powinni się martwić
      Ale problemy na bok, chyba dobrze Cię nauczyłam,
      Że nie będziemy uciekać, nie uciekniemy, nie uciekniemy.

      Po zimowym nocnym niebie płynął statki,
      Patrząc w dół na elektryczne niebieskie światła miast.
      Nie będą czekać, nie będą czekać, nie będą czekać.
      Jesteśmy tutaj by zostać, jesteśmy tu by zostać, jesteśmy tu by zostać.

      Zawodzące duchy pojawiają się
      W górach przepełnionych strachem
      Ale ty jesteś królem, a ja walecznym sercem.
      Walecznym sercem.

      Jego korona rozświetlała drogę, gdy posuwaliśmy się powoli
      Mijając zamyślone oczy pozostawionych w tyle.
      Jesteśmy tak daleko od siebie,
      A jednak wciąż jesteśmy tacy sami, wciąż tacy sami, wciąż tacy sami.

      Zawodzące duchy pojawiają się
      W górach przepełnionych strachem
      Ale ty jesteś królem, a ja walecznym sercem.
      I w czarnym morzu
      Potwory czają się tuż pod pokładem,
      Ale ty jesteś królem, a ja walecznym sercem.
      I gdy świat dobiega kresu
      Będę tu, by trzymać twoją rękę,
      Bo jesteś moim królem, a ja twoim walecznym sercem.
      Walecznym sercem /x8

      Zawodzące duchy pojawiają się
      W górach przepełnionych strachem
      Ale ty jesteś królem, a ja walecznym sercem.
      I w czarnym morzu
      Potwory czają się tuż pod pokładem,
      Ale ty jesteś królem, a ja walecznym sercem.
      Walecznym sercem. /x8

      http://www.tekstowo.pl/piosenka,of_monsters_and_men,king_and_lionheart.html

      http://liviaspace.com/2013/11/07/great-white-lion-activation/

      Polubienie

  9. Alajawidżniana (sanskryt: ālaya vijñāna, transliteracja Wyliego: rnam-shes) według nauk czittamatry może jednak być oczyszczona ze wszystkich nawykowych skłonności i splamień. W pełni odkryty wtedy będzie „samoświadomy i samorozświetlający się Umysł wolny od dualizmu doświadczenia i doświadczającego”, potocznie zwany naturą umysłu i zarazem naturą rzeczywistości. Poczucie tego „dualizmu subiekt-obiekt” stwarzają przykrywające tą naturę, zgromadzone indywidualnie zgodnie z prawem przyczynowo-skutkowym karma, nawykowe skłonności i splamienia.

    To zgrubne poziomy świadomości, które zanikają całkowicie w czasie procesu śmierci. Jednak dalej „reinkarnują” się te najsubtelniejsze, umożliwiając w bardo, jak i w kolejnym odrodzeniu powrót do nawykowych sił.

    Teksty buddyjskie przyrównują zgubne poziomy świadomości do fal oceanu, najsubtelniejsze do głębin a „samoświadomy i samorozświetlający się Umysł wolny od dualizmu doświadczenia i doświadczającego” do wody oceanu. Pojedyncze fale pojawiają się i znikają, niekiedy uchodząc w głębiny, a niekiedy można je wyodrębnić (śmierć, bardo i kolejne odrodzenie), ale przez cały czas pozostają częścią wody oceanu.

    Vasubandhu: „Bezustanny ruch, jak pęd wodospadu: nasienie wywołuje obecne działanie, obecne działanie kształtuje nasiono, trójkąt się zamyka, przyczyna i skutek są jednym!

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Czittamatra

    Tak więc to ze jesteśmy jakimś tam oceanem, nie jest żadnym argumentem przeciwko ateistom którzy twierdzą że nic nie ma po śmierci, tzn że fala ginie i nie wraca. Cóż z tego że zlewamy się z resztą oceanu skoro nie mamy o tym pojęcia bo nie ma nas/fali?

    Najgorsze jest to że wszystkie religie mówią o tym samym.
    Nikt nie mówi wprost że śmierć jest końcem naszego istnienia.
    Religie starają się ludzi pocieszać mówiąc poetycko o istnieniu czegoś
    co z punktu widzenia nieistniejącego Ja, należy nazwać wprost-nic.

    Nic co by mogło zastanowić się nam minionym życiem, zebraną wiedzą itd
    nie istnieje.

    Polubienie

    1. „Nic co by mogło zastanowić się nam minionym życiem, zebraną wiedzą itd
      nie istnieje.”

      istnieje, ale raczej nie pamięta tego…. przypominałam niedawno moje doświadczenie z dzieciństwa… kiedy to nagle uświadomiłam sobie, że żyłam już wcześniej i nawet powiedziałam o sobie, że nie jestem białą kartką… wtedy właśnie włączyła mi się świadomość kontinuum… ale jakie znaczenie może mieć to moje doświadczenie dla Ciebie? hmmm… dobrze gdybyś Ty sam mógł czegoś podobnego doświadczyć… Moja sugestia jest więc taka… zanim zajrzysz do kolejnych książek spróbuj zajrzeć głębiej w siebie 🙂

      wcześniej napisałeś

      Mezamir | 21 Marzec 2014 o 17:01

      “na czyją korzyść?”

      „Na niczyją… jedyną korzyścią jest to że w pewnym momencie mamy już dość samsary i zamiast się w niej babrać, szukamy wyjścia.”

      a więc to akurat świadczy jak najbardziej o jakimś tam kontinuum.. skoro w pewnym momencie masz już dość 😉 tyle, że… KARMA to po prostu program, a może raczej oprogramowanie (software).. jest też system zarządzania bazą danych.. SRAM< DRAM… hahah 🙂 ehh, to cała informatyka, na której się za bardzo nie znam, ale widzę, że ona może nam przybliżyć obraz tego w czym tak naprawdę tkwimy, ot ciekawe analogie.. Tak więc z całą pewnością to wszystko powstało i odbywa się w jakimś tam określonym celu, a więc i po to aby przynosić komuś jakieś korzyści…..

      a wyjście? skoro jest wejście to musi być i wyjście… o tym jednak później, bo teraz muszę kończyć 🙂

      p.s karta dziurkowana:

      Tzolkin

      Virtual Reality

      HAFT KRZYŻYKOWY

      http://aploch.blox.pl/tagi_b/1860/sampler.html

      SPLOT/Rysunek dyspozycyjny projektu tkaniny

      http://liviaspace.com/2014/01/04/biala-koronka/

      RAM

      BAM BAM

      hahahaha…

      😉

      Polubienie

  10. Kiedy wiele lat temu, na pewnym retricie, udzielałem przekazu tej inwokacji,
    miałem bardzo interesujący sen. W moim śnie, po skończeniu udzielania wyjaśnień, dodałem, że można również używać innej, wolniejszej melodii. W moim śnie, znałem tą melodię, więc nauczyłem jej moich uczniów, i razem zaśpiewaliśmy całą inwokację.

    Po właściwej części inwokacji, w tekście znajdują się wyjaśnienia, kiedy należy ją wykonywać, możemy się tego później nauczyć.

    Takimi korzystnymi momentami są na przykład zaćmienia, ale tych okresów jest znacznie więcej.

    Gdy (w moim śnie) dotarliśmy do końca tekstu, do wersu ñidá sá-yiszinba-ham, co oznacza „zaćmienie słońca i księżyca”, przebudziłem się, śpiewając te słowa. Gdy się obudziłem, bardzo wyraźnie pamiętałem swój sen. Wydał mi się interesujący, szczególnie melodia – we śnie śpiewałem ją z wielką pewnością, chociaż nie znałem jej przedtem „na jawie”. Nigdy wcześniej się jej nie uczyłem. Pomyślałem, że może być użyteczna dla moich uczniów z zachodu, ponieważ mogliby śpiewać ją bardzo wolno.

    http://www.melong.com/pl/teachings/5-gundu-sanboi-monlam.html

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s